wtorek, 22 kwietnia 2014

Recenzje w Qfancie




Tu będę zamieszczać linki do recenzji, które opublikowałam na portalu fantastyczno-kryminalnym Qfant (będącym równocześnie czasopismem internetowym – jeśli recenzja pojawiła się również w wersji „zwartej”, dodaję numer pisma). Ponieważ są to recenzje portalowe, logicznym jest, że przeczytacie je właśnie na portalu, a nie na blogu. Nie podaję linków do recenzji, które zamieściłam w obydwu miejscach (takowe zawierają informację o publikacji na innych serwisach). Zapraszam do lektury.


czwartek, 23 stycznia 2014

Wichry z bratnich republik, czyli Dzień Sądu na Trzynastym Schronie i Game Exe




Na Lekturze Specjalnej dzieje się ostatnio niewiele (głównie z uwagi na prozaiczny brak czasu, który priorytetowo przeznaczam ostatnio na działkę portalową, nie blogową – co wynika z różnic organizacji pracy w serwisach i na blogu), natomiast u Schronowej i „Geksiowej” braci – całkiem sporo. Dzień Sądu to nasza cykliczna już inicjatywa prezentacji materiałów z obydwu portali jako jednej aktualki Obecna, przesunięta nieco w czasie, jest już szóstą z kolei, znajdziecie w niej dużą garść recenzji oraz, tradycyjnie już, materiały dotyczące gier (nie mniej tradycyjnie – Neuroshimy). Z mojego własnego wkładu są to m.in. recenzje książek: głośnego debiutu Kevina Powersa – Żółtych ptaków oraz (publikowana już wcześniej tu, na LS): Obozu koncentracji Thomasa M. Discha. Natomiast maniakom obrazu polecam, jak zresztą permanentnie, Verona i jego krytykę filmową. Miłośnicy wygrywania i zdobywania wszelkiego znajdą ponadto rozwiązanie konkursu survivalowo-fantastycznego, który nasi przyjaciele z GE zorganizowali na swoje dziesięciolecie. Nawiasem mówiąc, zaglądajcie na Schron i wygrywajcie. Piszemy szorty, wymyślamy zestawy przetrwania, klikamy, a nawet konstruujemy roboty – to wszystko robimy (znaczy, Wy robicie), by cieszyć się książkami, płytami, koszulkami czy zapalniczkami. Taaak, o wszystkim pomyśleliśmy. Jeśli znajdziemy białe foczki na nagrody, to też umieścimy je w puli. Polecam zaglądać na Schronową tablicę konkursową.

Emanacja tak chciała, jako rzecze Schron. Wam jeno czytać, dziateczki. 

czwartek, 16 stycznia 2014

Świt żywych blogów. O publicystycznym zmartwychwstaniu, nietrwałości noworocznych postanowień i blogowaniu słów kilka. Bez kolejności



A jednak kolejność jakaś będzie, bo sam fakt, że zdecydowałam się tu skrobnąć, rzutuje na porządek wypowiedzi; już przez to, że w ogóle zaistniała, postuluję niejako zmartwychwstanie mojego kapowniczka. Czy na dłużej? Nie wiem, już jedno takie zmartwychwstanie miał. Nie jestem więc pewna jego dalszych losów. Natomiast pewna jestem czegoś innego: że wcale nie zmartwi mnie krótsze lub dłuższe (a może i permanentne?) pas w tej kwestii. Przebyłam krótką drogę od dreszczo-pacierzowo-mrówczo-nerwowo-swędzącego entuzjazmu, przez chwile zwątpienia, niepokoju, wytężonej pracy, dziecięcej radości, znów niepokoju, natręctwa udowadniania sobie, czy wreszcie promocji własnego ego (kto nie odczuwał żadnego z tych stanów ducha, ten kłamcą jest!). Zarówno własna „pisanina”, jak i obserwowanie cudzej, dało mi (może nie wyliczoną co do promila, ale dosyć dużą) pewność, że nie da się zobiektywizować swojej twórczości w sieci. Gdy się to zakłada, zakłada się, że istnieją kryteria, natomiast net sam w sobie jest sferą pozbawioną kryteriów. Dowiedli tego mądrzejsi ode mnie, więc tu spasuję. Myślę, że nietrudno sobie taki wniosek wykoncypować. Wystarczy obserwacja.

Półmetek stycznia, można by więc pokusić się o jakieś małe podsumowanie czytelnicze czy życiowe. Życiowe nie leży w tematyce bloga, wspomnę więc tylko, że paru rzeczy udało mi się dokonać, parę poukładać, innych nie i tak to się w sumie kręci, bez pandemoniów i apokalips jakichkolwiek (no, chyba, że wliczając te Schronowe i ogólnego hopla załogi na punkcie naszego wspólnego bajzlu. Schronek skończył trzynasty rok życia, więc było co świętować). Książek, jeśli już informacja ta ma być szczególnie przydatna, czytam w ciągu roku w sumie niewiele, między 20+ a 30+ rocznie (nie wiem, ile w dopiero co minionym), nie jest to liczba oszałamiająca i warto by było ją podciągnąć, ale też nie za wszelką cenę. Niektóre lektury (ci, co śledzą mój profil na LC albo przynajmniej tam zajrzeli, mogli się troszeczkę nad tym faktem zastanowić, bo ileż można wałkować jedną rzecz?!) mam wiecznie na podorędziu, znajdują się one, hm, można tak rzec, „w czytaniu permanentnym”. Jeśli czegoś brakuje mi do pełnego odbioru treści (a może brakować znajomości niektórych słów, historycznych tropów, kontekstów, nawet, w pewnych wypadkach, znajomości wcześniejszego dorobku autora) – nie odpuszczam nawet wtedy, kiedy „technicznie” książka już została przeczytana. Wymaga to jednak podejścia typu slow i pogodzenia się z faktem, że pewne nowości mnie ominą (a raczej ominę je ja, o, niedobra!). Inaczej utonę w książkowym wirze, jak tym ze zdjęcia.

To właśnie czytanie uważne, czytanie skupione, ale też, nie ukrywam, swego rodzaju „zatwardzenie” czytelnicze, pojawiające się chwilami mocne, bardzo mocne kryzysy – jest przyczyną mniejszej ilości recenzji, niż planowałam. Gdzieś tam jednak tkwi we mnie upór, by wspomnieć o co ważniejszych z nich, więc możliwe, że ukażą się z opóźnieniem (wszak tu, na Lekturze Specjalnej, mam prawo do lenia i poślizgu).

Wszystkim tym, którzy mimo mojego milczenia obserwowali wytrwale blog, także tym, którzy zerkali tu okazjonalnie i wreszcie tym, którzy trafili przypadkiem i zatrzymali się na chwilę – składam serdeczne podziękowania. Jeśli czasami zatęsknicie, zapraszam na Trzynasty Schron – Veron na bieżąco i z dyscypliną omawia klimatyczne książki i filmy, a liczba konkursów nie maleje. Będę się też pojawiać (mam nadzieję) od czasu do czasu na łamach Qfanta, gdzie już teraz możecie zapoznać się z recenzją Bogów świata rzeki Philipa José Farmera.

Enjoy!

wtorek, 15 października 2013

Pod Specjalnym Nasłuchem: Kujony, wyścigi i Slow Reading, czyli nie dajmy się zwariować


[...] Kiedyś określenia typu „mól książkowy” czy „pożeracz książek” miały (dla mnie; uściślam, bo podobne nazewnictwo nadal jest in plus wśród właśnie moli) pozytywne znaczenie. Ot, ktoś kto to dużo czyta. Może trochę wariat, ale nieszkodliwy i sympatyczny. Nieco outsider, trochę dziwak – ale osoba, z którą warto porozmawiać.

Dziś mól to częściej książkoholik. Nigdy nie uważałam, że bycie uzależnionym to powód do dumy. Oczywiście, pojęcia książkoholik nie używa się w znaczeniu zbliżonym do alkoholika czy morfinisty, uziemionych swoimi nałogami. Mimo zmrużenia oka, nie mogę jednak uznawać tego słowa za fortunne. Książkoholicy mi w tym nie pomagają.

W przypadku mola, człowieka całkiem wyparł czytelnik. To po pierwsze. Cenię sobie ludzi, dopiero potem czytelników, melomanów, kinomaniaków, gotów, hipisów, katolików, ateistów, białych, Chińczyków, czarodziejów czy mugoli. Mól tę kolejność wywraca na nice. Rozmowy o książkach rzadko schodzą w jego towarzystwie na dyskusje o literaturze (sic!), a jeszcze częściej osoba taka nie ma pojęcia, co dzieje się za oknem.

Nie ma też co liczyć na tolerancję mola dla innych pasji. Jeżeli nie czytasz, obsztorcuje cię od razu. Nieważne, że masz inne, nie gorsze bziki. Jeśli czytasz, możesz liczyć na akt łaski, aczkolwiek musisz poddać się prześwietleniu: ile, co, kiedy i czy zawsze, kiedy można. Trzeba odmówić lekturę jak paciorek – aj-aj, ciuś-ciuś, gdy tego nie zrobisz. Dochodzi do sytuacji kuriozalnej, w której „zwykły” czytacz, niemający do tej pory styczności z całą społecznością „okołoksiążkowców”, może poczuć się jak normals wpuszczony do subkultury. Czytać już nie wystarczy. Należy czytać na pełnym gazie.

Nie ma nic złego w czytaniu wiele, robieniu sobie list czytelniczych i ściągawek, kolekcjonowaniu książek, zapełnianiu kolejnych regałów.. Nie ma. Problem pojawia się wtedy, kiedy mól postanawia wszystkich wokół poinformować o swoim… zmartwieniu. Zmartwieniu! Razem z innymi podobnymi sobie przekracza kilkukrotnie czy nawet kilkusetkrotnie krajową średnią czytelniczą. Kupuje, pożycza, dostaje egzemplarze darmowe. To przecież świetnie! Świetnie? Ależ skąd!

Molowi nie wystarczy, że sam czyta i nawróci innych (nawróci, nie przekona, bo to już prawie religijne posłannictwo; więcej niż z asertywnym, promocyjnym podejściem do popularyzacji książek, fanatyczna misja ma niekiedy wspólnego z konkwistą; nieczytającego najpierw trzeba zawstydzić, wypłukać z brudów, potem dopiero brać na przemiał). Mól musi jeszcze wejść na szeroką orbitę całego „bycia w książkowym eterze”. Jeśli go zapytać, czy mądre jest kolekcjonowanie wzorów na paznokcie przez dziewczynę w blond włosach i różowej mini – to bardzo oględnie (mole nie chcą, by ktoś ich oskarżał o uleganie stereotypom) wskaże, że …owszem, no hm, może i niemądre to nie jest, ale większej wartości w sumie nie ma, no i…  Stop. A czy stosiki i wyliczenia, rankingi, wyścigi, akcje i wyzwania – to nie jest w pewnym sensie to samo, co kolekcjonowanie wzorków, figurek czy lalek Barbie? [...]

Całość felietonu na Latającej Holerze, statku co prawda kosmicznym, lecz przeze mnie zilustrowanej jako romantyczny żaglowiec. Zapraszam do lektury i polemiki!

Nie dla idiotów


Bernard Malamud – Idioci mają pierwszeństwo

Autor: Bernard Malamud
Tytuł: Idioci mają pierwszeństwo
Tytuł oryginalny: Idiots first
Tłumaczenie: Ewa Życieńska
Wydawnictwo: Atext
Seria/Cykl wydawniczy: Seria z Okiem
Data wydania: 1995 (przybliżona)
ISBN: 83-35156-51-8
Liczba stron: 172
Gatunek/Kategoria: krótka forma literacka, literatura współczesna, literatura obyczajowa, nowela
Ocena: 9/10



Czy idioci mają pierwszeństwo?

Być może faktycznie pierwsze przepuszczać trzeba książki niedobre, niech wejdą, przejdą i wyjdą, by zrobić miejsce tym lepszym. Na przykład zbiorkowi pod takim oto tytułem: Idioci mają pierwszeństwo Bernarda Malamuda.

Nie wiem, z jakimi książkami na półce bibliotecznej, podpisanej „obyczajowe”, przyszło sąsiadować zabiedzonemu ptaszysku na okładce, złymi czy dobrymi. Nie wiem też, czy chwytliwy tytuł nie jest przypadkiem kluczem do sukcesu poczytności wielu książek, które ujrzał świat, bo zwabiona tytułem (i sympatycznym przedstawicielem krukowatych na okładce także, oddaję tu sprawiedliwość ptaszysku), sięgnęłam po tę książeczkę ot tak, wybierając metodą chybił-trafił. Strach pomyśleć, pod jak złymi tytułami kryją się książki warte lektury…

Nie wiedziałam, że łowię perłę. Smakowity opis na obwolucie coś tam przebąkiwał, ale któraż srocz… Któryż kruk swego ogonka nie chwali?

Nie wiem, czy poznałam wystarczającą dużą liczbę książek niedobrych. Może i lepiej, jeśli mało. Ale od dłuższego czasu potrafię docenić te dzieła, w której iskrząca się zwrotami akcji fabuła nie jest głównym atutem. Nie jest nim też zadziwiająca splątana intryga. Więc co?

Życie, proszę państwa.

Brzmi banalnie, ba, podejrzanie nawet, w końcu telenowelowe przygody rodziny na „Ym” też przedstawiają życie. Hm... Przepuśćmy więc telenowele przodem, proszę tędy, do widzenia. Zapraszam, zapraszam, panie Bernardzie, proszę usiąść!

wtorek, 1 października 2013

Technicznie i arkadyjsko (raz jeszcze)


 

Dwie króciutkie informacje:


Pierwsza taka, że jeśli ktoś chciał się załapać na konkurs z Arkadią, ma na to troszeczkę czasu bonusowego. Deadline przesunięty został na 4. października. Strona konkursowa niezmiennie ta sama: KLIK!


Druga to kolejna garść technikaliów. Pewne kłopoty, jakie miałam z Bloggerem, nie ustały i chyba muszę je polubić, jak w Trouble is a Friend Lenki (utworze z gatunku pozytywnie rozbrajających, z tańczącymi szkielecikami i plumkaniem w klawisze, ale linka nie będzie, bo nie ma tak dobrze), inne – załatwiłam jakoś nowym szablonem. Nadal jest ponuro, nieefektownie, brzydko i źle, zmiłuj się, Przedwieczny, ŁomatkoBoska, twarzą-w-klawę – trudno. Udało mi się jednak osiągnąć względne status quo, wywalić śmieci, sprytnie przemycane w szablonach przez projektantów, dostosować odległości między linijkami pod nowe ustawienia i ach-och, dumna jestem. LS ma w sobie coś ze mnie, więc wygląda, jak wygląda. I wiem, biało, biało, bieluchno, czyściutko, minimalistycznie, oszczędnie ma to niby na blogach być, względnie narodowo (jakoś się też, widzę i obserwuję, naparto na polską flagę tu i tam), jednak podziękuję. O ile męczy mnie ciemne tło (mam takie już zresztą na 13S), o tyle zupełnie białe nuży i powoduje, że usztywniam się od karku po paliczki stóp (panowie mogą być nastawieni inaczej do tego zjawiska), zaczynam oglądać za plecy, czy nikt mnie tam przypadkiem nie śledzi (Poszli już? Poszli, Cieniu?). Przypominam sobie wtedy, że byłam x razy w szpitalu (a czasy były siermiężne, łódzki Korczak stary, szklane boksy zamiast sal i o motylkach pani Joli nikt nie słyszał i nie bąkał). Jest tedy po mojemu, w kolorach, które mnie nie męczą i jakoś to trwa. O. 

A owoce po co? Bo jesień. Saturn, melancholia, słoiki i przetwory. Różnorodność spojrzeń na życie bajeczna niczym liście o tej porze. I zdjęcie jest, i marketing jest. Fruit fever z albumu Schronowej Picasy, proszę bardzo. Są owoce, jest chandra, jest vanitas. A i kolorowo jest. I tak kolorowo pozdrawiam.

sobota, 28 września 2013

Amnezja błogosławiona



Iwona Michałowska – Arkadia

Autor: Iwona Michałowska
Tytuł: Arkadia
Tytuł oryginalny: -

Tłumaczenie: -
Data wydania: lipiec 2013 (przybliżona)
Wydawnictwo: Videograf SA
ISBN: 978-83-7835-205-1
Liczba stron: 256
Gatunek/Kategoria: apokalipsa, dystopia, fantastyka, powieść obyczajowa, postapokalipsa, powieść psychologiczna

Ocena: 7/10


Pierwsze skojarzenie – niedobre. Włączony sceptycyzm szepcze: Było! Michałowska sięgnęła w powieści po motyw mocno już obciążony – zarówno literacko jak i, nazwijmy to, „memetycznie”. Kraina wiecznego szczęścia bywała sielską wsią, rajem utraconym, utopią i pięknym złudzeniem. Weszła do niepisanego słownika skojarzeń codziennych, którym posługują się nawet ci, co na polskim grali w kropki. Autorka wstąpiła na kruchy lód, nawiązując do arkadyjskiego mitu w sposób bardzo dosłowny – bo przez samą nazwę. Lód ten ostatecznie nie załamał się, pojawiły się jednak pęknięcia.