Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cichutkie Gderanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cichutkie Gderanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 lipca 2014

Skarby nieutracone: refleksja pierwsza




Lipiec to namiętny miesiąc.

A namiętności nie są dobre.

Mieszka w nas chochlik, który kruchość chce potłuc (delikatność prowokuje do jej nadwyrężenia) zachwyt zracjonalizować (bo zachwyt urąga zimnemu, taksującemu rozsądkowi), a to, co kocha, egoistycznie posiąść i zniszczyć. Tak działają namiętności; wiążą się z radosną przyjemnością budowania wieży z klocków i niszczenia jej. Wciąż na nowo. Namiętności nie mają wyłącznie pozytywnego znaku. Truizm? Niby tak. Jeśli jednak spojrzeć na świat za oknem, który z przeżywania doraźnych przyjemności uczynił sobie pryncypium, trudno nie zwątpić, czy wszyscy wiedzą, jak to z namiętnościami bywa.



I tak jest podczas kanikuły, a przynajmniej ze mną: w nagrzane wieczory opadają mnie myśli raczej chłodne. Może i dobrze, bo pozwalają schłodzić głowę i wydusić z siebie tekst potrzebny na wczoraj. W leniwe popołudnie przysiadam z kawą, która gorącem nie ustępuje tej zimowej i zamiast słodkiego nieróbstwa odczuwam skutki nieróbstwa niedobrego gatunku: tego ciążącego, depresyjnego. Miodowa kleistość powietrza i aura wakacji daleka od palm i riwiery wcale mi nie pomagają. Wiem, gdzie żyję i mieszkam (a palmowe krajobrazy akurat i tak średnio lubię). Wychodzę do ogrodu swojego lub dziadków i czuję ściśnięcie serca: nie umiem i nie chcę stąd odchodzić. Chcę i
rozmyślam się natychmiast .

czwartek, 23 stycznia 2014

Wichry z bratnich republik, czyli Dzień Sądu na Trzynastym Schronie i Game Exe




Na Lekturze Specjalnej dzieje się ostatnio niewiele (głównie z uwagi na prozaiczny brak czasu, który priorytetowo przeznaczam ostatnio na działkę portalową, nie blogową – co wynika z różnic organizacji pracy w serwisach i na blogu), natomiast u Schronowej i „Geksiowej” braci – całkiem sporo. Dzień Sądu to nasza cykliczna już inicjatywa prezentacji materiałów z obydwu portali jako jednej aktualki Obecna, przesunięta nieco w czasie, jest już szóstą z kolei, znajdziecie w niej dużą garść recenzji oraz, tradycyjnie już, materiały dotyczące gier (nie mniej tradycyjnie – Neuroshimy). Z mojego własnego wkładu są to m.in. recenzje książek: głośnego debiutu Kevina Powersa – Żółtych ptaków oraz (publikowana już wcześniej tu, na LS): Obozu koncentracji Thomasa M. Discha. Natomiast maniakom obrazu polecam, jak zresztą permanentnie, Verona i jego krytykę filmową. Miłośnicy wygrywania i zdobywania wszelkiego znajdą ponadto rozwiązanie konkursu survivalowo-fantastycznego, który nasi przyjaciele z GE zorganizowali na swoje dziesięciolecie. Nawiasem mówiąc, zaglądajcie na Schron i wygrywajcie. Piszemy szorty, wymyślamy zestawy przetrwania, klikamy, a nawet konstruujemy roboty – to wszystko robimy (znaczy, Wy robicie), by cieszyć się książkami, płytami, koszulkami czy zapalniczkami. Taaak, o wszystkim pomyśleliśmy. Jeśli znajdziemy białe foczki na nagrody, to też umieścimy je w puli. Polecam zaglądać na Schronową tablicę konkursową.

Emanacja tak chciała, jako rzecze Schron. Wam jeno czytać, dziateczki. 

czwartek, 16 stycznia 2014

Świt żywych blogów. O publicystycznym zmartwychwstaniu, nietrwałości noworocznych postanowień i blogowaniu słów kilka. Bez kolejności



A jednak kolejność jakaś będzie, bo sam fakt, że zdecydowałam się tu skrobnąć, rzutuje na porządek wypowiedzi; już przez to, że w ogóle zaistniała, postuluję niejako zmartwychwstanie mojego kapowniczka. Czy na dłużej? Nie wiem, już jedno takie zmartwychwstanie miał. Nie jestem więc pewna jego dalszych losów. Natomiast pewna jestem czegoś innego: że wcale nie zmartwi mnie krótsze lub dłuższe (a może i permanentne?) pas w tej kwestii. Przebyłam krótką drogę od dreszczo-pacierzowo-mrówczo-nerwowo-swędzącego entuzjazmu, przez chwile zwątpienia, niepokoju, wytężonej pracy, dziecięcej radości, znów niepokoju, natręctwa udowadniania sobie, czy wreszcie promocji własnego ego (kto nie odczuwał żadnego z tych stanów ducha, ten kłamcą jest!). Zarówno własna „pisanina”, jak i obserwowanie cudzej, dało mi (może nie wyliczoną co do promila, ale dosyć dużą) pewność, że nie da się zobiektywizować swojej twórczości w sieci. Gdy się to zakłada, zakłada się, że istnieją kryteria, natomiast net sam w sobie jest sferą pozbawioną kryteriów. Dowiedli tego mądrzejsi ode mnie, więc tu spasuję. Myślę, że nietrudno sobie taki wniosek wykoncypować. Wystarczy obserwacja.

Półmetek stycznia, można by więc pokusić się o jakieś małe podsumowanie czytelnicze czy życiowe. Życiowe nie leży w tematyce bloga, wspomnę więc tylko, że paru rzeczy udało mi się dokonać, parę poukładać, innych nie i tak to się w sumie kręci, bez pandemoniów i apokalips jakichkolwiek (no, chyba, że wliczając te Schronowe i ogólnego hopla załogi na punkcie naszego wspólnego bajzlu. Schronek skończył trzynasty rok życia, więc było co świętować). Książek, jeśli już informacja ta ma być szczególnie przydatna, czytam w ciągu roku w sumie niewiele, między 20+ a 30+ rocznie (nie wiem, ile w dopiero co minionym), nie jest to liczba oszałamiająca i warto by było ją podciągnąć, ale też nie za wszelką cenę. Niektóre lektury (ci, co śledzą mój profil na LC albo przynajmniej tam zajrzeli, mogli się troszeczkę nad tym faktem zastanowić, bo ileż można wałkować jedną rzecz?!) mam wiecznie na podorędziu, znajdują się one, hm, można tak rzec, „w czytaniu permanentnym”. Jeśli czegoś brakuje mi do pełnego odbioru treści (a może brakować znajomości niektórych słów, historycznych tropów, kontekstów, nawet, w pewnych wypadkach, znajomości wcześniejszego dorobku autora) – nie odpuszczam nawet wtedy, kiedy „technicznie” książka już została przeczytana. Wymaga to jednak podejścia typu slow i pogodzenia się z faktem, że pewne nowości mnie ominą (a raczej ominę je ja, o, niedobra!). Inaczej utonę w książkowym wirze, jak tym ze zdjęcia.

To właśnie czytanie uważne, czytanie skupione, ale też, nie ukrywam, swego rodzaju „zatwardzenie” czytelnicze, pojawiające się chwilami mocne, bardzo mocne kryzysy – jest przyczyną mniejszej ilości recenzji, niż planowałam. Gdzieś tam jednak tkwi we mnie upór, by wspomnieć o co ważniejszych z nich, więc możliwe, że ukażą się z opóźnieniem (wszak tu, na Lekturze Specjalnej, mam prawo do lenia i poślizgu).

Wszystkim tym, którzy mimo mojego milczenia obserwowali wytrwale blog, także tym, którzy zerkali tu okazjonalnie i wreszcie tym, którzy trafili przypadkiem i zatrzymali się na chwilę – składam serdeczne podziękowania. Jeśli czasami zatęsknicie, zapraszam na Trzynasty Schron – Veron na bieżąco i z dyscypliną omawia klimatyczne książki i filmy, a liczba konkursów nie maleje. Będę się też pojawiać (mam nadzieję) od czasu do czasu na łamach Qfanta, gdzie już teraz możecie zapoznać się z recenzją Bogów świata rzeki Philipa José Farmera.

Enjoy!

wtorek, 15 października 2013

Pod Specjalnym Nasłuchem: Kujony, wyścigi i Slow Reading, czyli nie dajmy się zwariować


[...] Kiedyś określenia typu „mól książkowy” czy „pożeracz książek” miały (dla mnie; uściślam, bo podobne nazewnictwo nadal jest in plus wśród właśnie moli) pozytywne znaczenie. Ot, ktoś kto to dużo czyta. Może trochę wariat, ale nieszkodliwy i sympatyczny. Nieco outsider, trochę dziwak – ale osoba, z którą warto porozmawiać.

Dziś mól to częściej książkoholik. Nigdy nie uważałam, że bycie uzależnionym to powód do dumy. Oczywiście, pojęcia książkoholik nie używa się w znaczeniu zbliżonym do alkoholika czy morfinisty, uziemionych swoimi nałogami. Mimo zmrużenia oka, nie mogę jednak uznawać tego słowa za fortunne. Książkoholicy mi w tym nie pomagają.

W przypadku mola, człowieka całkiem wyparł czytelnik. To po pierwsze. Cenię sobie ludzi, dopiero potem czytelników, melomanów, kinomaniaków, gotów, hipisów, katolików, ateistów, białych, Chińczyków, czarodziejów czy mugoli. Mól tę kolejność wywraca na nice. Rozmowy o książkach rzadko schodzą w jego towarzystwie na dyskusje o literaturze (sic!), a jeszcze częściej osoba taka nie ma pojęcia, co dzieje się za oknem.

Nie ma też co liczyć na tolerancję mola dla innych pasji. Jeżeli nie czytasz, obsztorcuje cię od razu. Nieważne, że masz inne, nie gorsze bziki. Jeśli czytasz, możesz liczyć na akt łaski, aczkolwiek musisz poddać się prześwietleniu: ile, co, kiedy i czy zawsze, kiedy można. Trzeba odmówić lekturę jak paciorek – aj-aj, ciuś-ciuś, gdy tego nie zrobisz. Dochodzi do sytuacji kuriozalnej, w której „zwykły” czytacz, niemający do tej pory styczności z całą społecznością „okołoksiążkowców”, może poczuć się jak normals wpuszczony do subkultury. Czytać już nie wystarczy. Należy czytać na pełnym gazie.

Nie ma nic złego w czytaniu wiele, robieniu sobie list czytelniczych i ściągawek, kolekcjonowaniu książek, zapełnianiu kolejnych regałów.. Nie ma. Problem pojawia się wtedy, kiedy mól postanawia wszystkich wokół poinformować o swoim… zmartwieniu. Zmartwieniu! Razem z innymi podobnymi sobie przekracza kilkukrotnie czy nawet kilkusetkrotnie krajową średnią czytelniczą. Kupuje, pożycza, dostaje egzemplarze darmowe. To przecież świetnie! Świetnie? Ależ skąd!

Molowi nie wystarczy, że sam czyta i nawróci innych (nawróci, nie przekona, bo to już prawie religijne posłannictwo; więcej niż z asertywnym, promocyjnym podejściem do popularyzacji książek, fanatyczna misja ma niekiedy wspólnego z konkwistą; nieczytającego najpierw trzeba zawstydzić, wypłukać z brudów, potem dopiero brać na przemiał). Mól musi jeszcze wejść na szeroką orbitę całego „bycia w książkowym eterze”. Jeśli go zapytać, czy mądre jest kolekcjonowanie wzorów na paznokcie przez dziewczynę w blond włosach i różowej mini – to bardzo oględnie (mole nie chcą, by ktoś ich oskarżał o uleganie stereotypom) wskaże, że …owszem, no hm, może i niemądre to nie jest, ale większej wartości w sumie nie ma, no i…  Stop. A czy stosiki i wyliczenia, rankingi, wyścigi, akcje i wyzwania – to nie jest w pewnym sensie to samo, co kolekcjonowanie wzorków, figurek czy lalek Barbie? [...]

Całość felietonu na Latającej Holerze, statku co prawda kosmicznym, lecz przeze mnie zilustrowanej jako romantyczny żaglowiec. Zapraszam do lektury i polemiki!

piątek, 13 września 2013

Cykl Recedycja – a cóż to takiego?



Cykl, krąg, spirala, życie – i tak w koło Macieju (dostępna również wersja z Wojtkiem, przynajmniej w moim regionie), stąd ilustracja. Zdjęcie nosi tytuł „Mikrokosmos”, w pełnym rozmiarze do obejrzenia na Schronowej Picasie, a przedstawia… ha, coś. Z daleka owo coś klasyfikowano już jako kisiel, galaretkę, dializę (serio, serio), a tymczasem jest to…A, zgadujcie, może jak pobawicie się w zgadywanki, Drodzy Czytelnicy, zachce mi się konkursy układać, a kolorowe łańcuszki rozmigoczą się na blogu niczym na choince. Dodam, że mnie osobiście przychodzą na myśl Saturny, kosmosy, statki kosmiczne, portale międzyprzestrzenne i międzyświatowe, procesory, energoballe, kule many i temu podobne rzeczy. To już się chyba nie zmieni, technicy od EEG byli zazwyczaj zdziwieni, skąd w milczącym dziecięciu o dużych i smutnych oczach (no ja niestety, z tych właśnie, tylko mi jeszcze ponurego wiktoriańskiego tła i kołnierzyka bebe brakowało) tyle spokoju względem badania… Spokoju, a nawet radości. Córka wyobraża sobie, że siedzi w rakiecie, proszę pana, mateczka na to. Rakieta to był element rodzicielce ujawniony, nic nie wiedziała o porwaniach przez obcych, mrocznych eksperymentach dokonywanych na „biednym inteligentnym”(jakoś wolałam być chłopcem i do dziś piszę opka – nieliczne jeszcze i nie zawsze skończone – jako facet) przez bezduszne istoty w białych kitlach, przestrasznych torturach umysłowych, implantach i długich, zatrważających korytarzach. Eee, nic mi nie jest, naprawdę… Przejdźmy do sedna.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Garść technikaliów


Nawet ospałość takiego lenia, jak ja („takiego” oznacza w tym wypadku naprawdę ciężki kaliber, musicie mi uwierzyć na słowo) ma swoje granice. Lektura Specjalna zasługiwała na mały lifting i (prawdopodobnie, o ile grzech numer siedem nie zatriumfuje znowu, a imię jego Śpiący Belzebub) doczeka się ich.

poniedziałek, 8 lipca 2013

„– Fajny film wczoraj widziałem… – Daj linka!” – pokolenie na sznurku


Felieton ukazał się również na Trzynastym Schronie, w ramach obchodów trzynastej rocznicy witryny

– Fajny film wczoraj widziałem…
– Daj linka!
– Eee, w kinie…
– To jak wrócisz do domu, znajdź na youtube i podrzuć mi linka, okej?
– …

Powyższy dialog jest fikcją literacką. Równocześnie zaś jest prawdą, prawdziwą w 99,999%. Tak samo prawdziwą, jak inne fakty statystyczne, w myśl których ileś procent ludzkości o godzinie dziesiątej rano je drugie śniadanie w pracy, a o ósmej wieczorem ogląda w telewizji wysokokaloryczny i trujący program z pasma największej oglądalności, czyli tak zwaną serialową mordoklejkę lub inny łatwo strawny cukierek dla duszy.
Mógłby być ilustracją nie tylko rozmowy dwóch uczniów lub studentów – po zajęciach, wracających tramwajem, w knajpie, na wakacjach czy podrywie w parku na Zdrowiu, znudzonych, zblazowanych i hołdujących „zgniłej popkulturze”, ku rozpaczy tych, którzy luźnych tramwajowych gadek już nie dopuszczają do zestawu zachowań intelektualisty (tych z ogonkiem u „ę”).
Pasuje do każdego z każdych i idealnie ilustruje zachowanie – chorobę? – pewnego pokolenia. Pokolenia połączonego nie zgodnością cyfr w dacie urodzenia, a obejmującego nas wszystkich – z wyjątkami tak nielicznymi jak żyjące skamieliny.
Pokolenia połączonego w ogóle, nie w szczególe, bo właśnie o owo łączenie, spojenie, sznurek chodzi. Pokolenia zalinkowanego.

czwartek, 27 czerwca 2013

Kulka kurzu i perła. O urokach nadmiaru



 Nie wszystkie stare książki pożółkły w pamięci –
niektóre żyją dłużej od „…Smutku” Saganki.
Oto śmieszny Don Kichot przyjeżdża z La Manczy
jakby wiedział, że spłowiał nam obraz „La Strady”.

I nie zawsze umiemy dobrze wytłumaczyć ,
dlaczego po współczesnych dziełach i balladach
jeszcze nieraz wracamy do książek Conrada –
do Jima, który życie ujmował inaczej.*



Porządki w domowej biblioteczce nie kojarzą mi się z wakacjami. Zasadniczo pasują do nich głównie dwie pory: zimowa, przed świętami Bożego Narodzenia i wczesnowiosenna. Pierwsza, bo podniosłość daty nie licuje z bałaganem. I chociaż nie jestem zwolenniczką podejścia: „Wypiorę, wyprasuję, zapastuję, ugotuję, a w Wilię będę zdychać, bo padam z nóg, jednak uszka są, ach, uszka są!” – to sądzę, że milej się robi, kiedy śnieg za oknem (o ile jest), jak biały, nakrochmalony obrus Pana Boga – czystością współgra z otoczeniem domowym. Do tego zimą można skutecznie (przepraszam, że tak w profanum schodzę teraz)… wymrozić roztocza. A i miejsce na nowe książki, te spod choinki, zrobi się przy okazji, jeśli bezpardonowa walka z kurzem frontem dosięgnie biblioteczki.

piątek, 14 czerwca 2013

Kryzys, Słoń i [możliwe] zmartwychwstanie


Gdybym była celebrytką, mogłabym sobie zafundować blogerski comeback w stylu „Specynka znów na salonach Sieci”. Ponieważ jednak salony zastępuje mi zabałaganiony pokój, zaciemniany przedziwną konstrukcją z zasłon, firany, ręcznika, spinek do włosów i kufla od piwa, pełnego przyborów do pisania (zasłony wiszą, firana wisi, kubek obciąża zasłonę, by uszczelniała szparę w oknie, a spinki i ręcznik niwelują resztę prześwitów), sieć jest dla mnie za duża i ma zbyt gęste oczka, a podejmując się pisania tutaj, złożyłam obietnicę przede wszystkim sobie – zamiast comebacku będzie zielony dymek optymizmu z czaszki. Dymek nadziei, który zmusza, żeby coś tu skrobnąć po takim zastoju. Choćby tak skomplikowane jak na XXI wiek zdanie, jak wyżej. Ha...

poniedziałek, 11 marca 2013

Nawigacja, cz. II: Skala ocen


Na początek rzecz najważniejsza: żadne cyferki, gwiazdki, kółeczka, kropki, kropeczki, haczyki i dziurki nie zastąpią merytorycznej, słownej opinii.
W skrótowości przekazu powracamy jednak do epoki telegrafu i doskonale zdaję sobie z tego sprawę.

Stąd też punktowy system ocen, pomocnicze narzędzie opiniowania dla mnie i – przede wszystkim – taki pierwszy, wstępny drogowskaz dla Was, Czytelników.

System dziesiątkowy zapożyczyłam z LubimyCzytać. Pomyślałam: skoro już posiadam tam konto, będę oceniać książki jednolicie; ta sama ilość gwiazdek na LC będzie odpowiadała punktom na blogu. Dziesiątka jest skalą o tyle miarodajną i wygodną, że pozwala na naprawdę spore zróżnicowanie oceny, a przy tym posiada wartość idealnie środkową, połówkową, odpowiednią dla sprawnie napisanego, przeciętnego czytadła: piątkę. Byłam entuzjastką wprowadzenia tej skali na LC i również u siebie zamierzam ją stosować.

Jednak pod trochę innymi nazwami, hasłami dla cyferek. Moje własne kryteria.


Wieczorny Chichot #1: Kolejkowy paraliż


[Po przeczytaniu skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy tekst niewłaściwie zinterpretowany zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.]

Technologia jest przekleństwem czytelnika

I nie, nie mam zamiaru tu psioczyć na czytniki czy wdawać się w ogniste, histeryczne nierzadko dysputy o ebookach.

Chociaż, owszem, ebooki potrafią jeszcze opisywaną niżej chorobę zaognić. Czytniki mogą pomieścić całe stosy tytułów. A przecież mnóstwo osób korzysta z nich nie tyle w ramach zastępnika, co dodatku do książki papierowej. Z kolei książki papierowe można kupić, pożyczyć od sąsiadki, siostry, babci, kumpla (niepotrzebne skreślić), otrzymać jako egzemplarz recenzencki, wypożyczyć z biblioteki, wygrać w konkursie (kolejność dowolna). Sposobów na pozyskanie ebooków też jest zresztą całkiem sporo, zwłaszcza jeśli doliczyć metody dość nikczemne.

Tu jeszcze technologia nie wkracza w pełnym uniformie, bo gros w/w zjawisk jest możliwych na całkowitym bezneciu, samych książek z biblioteki wystarczy na porządny stos.
Prawdziwy kolejkowy paraliż zaczyna działać w momencie wejścia w świat czytelników-internautów. W książkową blogosferę, na portale czytelnicze i kulturalne, do działów książkowych witryn informacyjnych. Wtedy choroba wchodzi w ostre stadium.

Jakież jej imię?

Paraliż kolejkowy
Swędzenie czytelnicze
Choroba nadmiaru książkowego

Stosy książek, okładek, nazwisk, tytułów, recenzji, reklam, blogów, wpisów, komentarzy, wyzwań czytelniczych, list to read, must have, zestawień 100 naj….

I tylko jedno życie.
 
Ciekawym objawem zachorowania jest nagłość wystąpienia paraliżu u osób, które do tej pory były po prostu czytelnikami. Dopiero za słowem czytelnik szły następne: recenzent, bloger, użytkownik. Nawet książkoholik jest tworem zdecydowanie bardziej pisanym niż mówionym, takim, któremu lepiej wisieć w sieci niż pojawiać się w swobodnych dyskusjach na żywo, gdzie jednak dominują poczciwe, stare określenia w stylu mól czy pożeracz książek




wtorek, 26 lutego 2013

Cichutkie Gderanie (#1): Internetowi przerażacze. O szydercach, wesołkach i chojrakach sieci (cz. I)


Felieton ukazał się również na Trzynastym Schronie, w ramach obchodów trzynastej rocznicy witryny


Nieczęsto udzielam się na forach internetowych, forach, grupach dyskusyjnych… Jeśli już to robię, to bez dawnej żarliwości. Bo, owszem, nieczęsto dziś nie równa się w ogóle kiedyś. Jakoś chyba tak jest, że wraz z wychodzeniem (niekoniecznie szybko) z okresu największego buntu i votum separatum wobec świata, coraz mniej się chce bić o każde słowo, o to, by moje było na wierzchu, o każdą pełną uporu i młodzieńczej przekory „rację” Słowo „czat” właściwie nie istnieje dla mnie od czasu, kiedy w gimnazjum zachłysnęłam się możliwościami Internetu i podobnie jak reszta klasy wchodziłam na owe czaty na lekcjach informatyki.

Tych miejsc w sieci, które odwiedziłam, raz pisząc posty, innym razem (częściej) będąc jedynie obserwatorem, wreszcie okazjonalnie wpadając na tę czy inną witrynę, było i jest całkiem sporo. Uczciwie muszę odliczyć z tego zestawu Facebooka, na którego nie dałam się do tej pory skusić (ku rozpaczy naszego Rednacza), jednak takie krótsze wypowiedzi, na przykład w formie postów na blogach, komentarzy pod nimi i komentarzy pod artykułami „na Onecie” (wyrażenie „na Onecie” zastępuje już dziś niejeden epitet, najczęściej negatywny) – czytam i przeglądam.

I – czyżby był to jakiś rodzaj masochizmu? – im więcej czytam, tym mniej chce mi się „udzielać”. A zdarzało mi się niegdyś nawet różne funkcje forumowe pełnić i „stanowiska” piastować.

Może nawet nie masochizm, może prędzej lęk. Bo śnieżkami, Drodzy Czytelnicy, to się można obrzucać i mieć z tego kupę frajdy. A przed wszędy latającym guanem to się wieje, albo przynajmniej czymś nienasiąkliwym okrywa.

poniedziałek, 11 lutego 2013

O lampce, kolorach, stopkach i innych prywatach


Znów sobie pogderam.

Należę do osób, dla których w pierwszej kolejności liczy się treść, nie okładka. Byłabym jednak skończoną hipokrytką, mówiąc, że formy wizualnej nie cenię w ogóle. I tak jak w przypadku książki, tak w kwestii bloga zdarza mi się pomarudzić na elementy oczka karmiące.

sobota, 9 lutego 2013

Noir


Tekst umieściłam jako posta w konkursie „O kolorach się nie dyskutuje” na LubimyCzytać.pl. Cóż, nie udało mi się zgarnąć nagrody, książki Ilony Felicjańskiej „Wszystkie odcienie czerni”, ale niespecjalnie żałuję porażki. Wybór jury jest dla mnie nieco... zaskakujący, natomiast o wzięciu udziału w rywalizacji i tak zadecydował wdzięczny temat, nie sama książka. Swoją impresję zatytułowałam prosto: Noir. Specjalnie dla Czytelników Lektury Specjalnej, oto i ona w niezmienionej formie.

* * *

poniedziałek, 4 lutego 2013

Misja Specjalna rozpoczęta!

No to się zadziało.

Być może powinnam próbę blogowania (drugą, pierwsza spaliła na panewce kawał czasu temu) rozpocząć wzniosłym aforyzmem (
Per aspera ad astra”) jakowąś ludową mądrością („Słowo się rzekło, kobyłka u płotu”) lub też cytatem z popkultury („No risk, no fun”). Być może. Nie wiem, jaka panuje w blogosferze tradycja czy moda, a nawet nieszczególnie chcę wiedzieć. Zapewne wszyscy startujący chcą sobie tym pierwszym, rozpoczynającym pisaninę sieciową postem dodać otuchy. Ale też i cyrografem, spisywanym z samym sobą – zaszpuntować chęć regularnego dodawania notek, utrwalić ją w zobowiązanie, którego później łatwo się nie „zaprą” (jak niegdyś papier, tak, rzec można, sieć przetrwa wszystko; przecież wujek Google nie śpi).

Tak też i ja się zobowiązuję. Zobowiązuję, a przy tym testuję – po moim dwakroć leworęcznym oswajaniu platformy Bloggera, może się okazać, że notka wyświetli się na gwałtem na oczach – w zestawie kolorów niemalże halucynogennych. Od czegoś jednak trzeba zacząć, jeżeli się chce. Słowo się rzekło.

Czym jest – czy raczej ma być – Lektura Specjalna? Co drugi tzw. „mól książkowy” prowadzi dziś bloga, a w tytule i adresie Lektura Specjalna też sugeruje zawartość okołoksiążkową. Chociaż od przybytku głowa nie boli, to brzytwa Ockhama nakazuje swoje. Na czym polegać miałaby owa „specjalność” witryny?