No to się zadziało.
Być może powinnam próbę blogowania (drugą, pierwsza spaliła na panewce kawał czasu temu) rozpocząć wzniosłym aforyzmem („Per aspera ad astra”) jakowąś ludową mądrością („Słowo się rzekło, kobyłka u płotu”) lub też cytatem z popkultury („No risk, no fun”). Być może. Nie wiem, jaka panuje w blogosferze tradycja czy moda, a nawet nieszczególnie chcę wiedzieć. Zapewne wszyscy startujący chcą sobie tym pierwszym, rozpoczynającym pisaninę sieciową postem dodać otuchy. Ale też i cyrografem, spisywanym z samym sobą – zaszpuntować chęć regularnego dodawania notek, utrwalić ją w zobowiązanie, którego później łatwo się nie „zaprą” (jak niegdyś papier, tak, rzec można, sieć przetrwa wszystko; przecież wujek Google nie śpi).
Tak też i ja się zobowiązuję. Zobowiązuję, a przy tym testuję – po moim dwakroć leworęcznym oswajaniu platformy Bloggera, może się okazać, że notka wyświetli się na gwałtem na oczach – w zestawie kolorów niemalże halucynogennych. Od czegoś jednak trzeba zacząć, jeżeli się chce. Słowo się rzekło.
Czym jest – czy raczej ma być – Lektura Specjalna? Co drugi tzw. „mól książkowy” prowadzi dziś bloga, a w tytule i adresie Lektura Specjalna też sugeruje zawartość okołoksiążkową. Chociaż od przybytku głowa nie boli, to brzytwa Ockhama nakazuje swoje. Na czym polegać miałaby owa „specjalność” witryny?
Być może powinnam próbę blogowania (drugą, pierwsza spaliła na panewce kawał czasu temu) rozpocząć wzniosłym aforyzmem („Per aspera ad astra”) jakowąś ludową mądrością („Słowo się rzekło, kobyłka u płotu”) lub też cytatem z popkultury („No risk, no fun”). Być może. Nie wiem, jaka panuje w blogosferze tradycja czy moda, a nawet nieszczególnie chcę wiedzieć. Zapewne wszyscy startujący chcą sobie tym pierwszym, rozpoczynającym pisaninę sieciową postem dodać otuchy. Ale też i cyrografem, spisywanym z samym sobą – zaszpuntować chęć regularnego dodawania notek, utrwalić ją w zobowiązanie, którego później łatwo się nie „zaprą” (jak niegdyś papier, tak, rzec można, sieć przetrwa wszystko; przecież wujek Google nie śpi).
Tak też i ja się zobowiązuję. Zobowiązuję, a przy tym testuję – po moim dwakroć leworęcznym oswajaniu platformy Bloggera, może się okazać, że notka wyświetli się na gwałtem na oczach – w zestawie kolorów niemalże halucynogennych. Od czegoś jednak trzeba zacząć, jeżeli się chce. Słowo się rzekło.
Czym jest – czy raczej ma być – Lektura Specjalna? Co drugi tzw. „mól książkowy” prowadzi dziś bloga, a w tytule i adresie Lektura Specjalna też sugeruje zawartość okołoksiążkową. Chociaż od przybytku głowa nie boli, to brzytwa Ockhama nakazuje swoje. Na czym polegać miałaby owa „specjalność” witryny?