czwartek, 16 stycznia 2014

Świt żywych blogów. O publicystycznym zmartwychwstaniu, nietrwałości noworocznych postanowień i blogowaniu słów kilka. Bez kolejności.



A jednak kolejność jakaś będzie, bo sam fakt, że zdecydowałam się tu skrobnąć, rzutuje na porządek wypowiedzi; już przez to, że w ogóle zaistniała, postuluję niejako zmartwychwstanie mojego kapowniczka. Czy na dłużej? Nie wiem, już jedno takie zmartwychwstanie miał. Nie jestem więc pewna jego dalszych losów. Natomiast pewna jestem czegoś innego: że wcale nie zmartwi mnie krótsze lub dłuższe (a może i permanentne?) pas w tej kwestii. Przebyłam krótką drogę od dreszczo-pacierzowo-mrówczo-nerwowo-swędzącego entuzjazmu, przez chwile zwątpienia, niepokoju, wytężonej pracy, dziecięcej radości, znów niepokoju, natręctwa udowadniania sobie, czy wreszcie promocji własnego ego (kto nie odczuwał żadnego z tych stanów ducha, ten kłamcą jest!). Zarówno własna „pisanina”, jak i obserwowanie cudzej, dało mi (może nie wyliczoną co do promila, ale dosyć dużą) pewność, że nie da się zobiektywizować swojej twórczości w sieci. Gdy się to zakłada, zakłada się, że istnieją kryteria, natomiast net sam w sobie jest sferą pozbawioną kryteriów. Dowiedli tego mądrzejsi ode mnie, więc tu spasuję. Myślę, że nietrudno sobie taki wniosek wykoncypować. Wystarczy obserwacja.

Półmetek stycznia, można by więc pokusić się o jakieś małe podsumowanie czytelnicze czy życiowe. Życiowe nie leży w tematyce bloga, wspomnę więc tylko, że paru rzeczy udało mi się dokonać, parę poukładać, innych nie i tak to się w sumie kręci, bez pandemoniów i apokalips jakichkolwiek (no, chyba, że wliczając te Schronowe i ogólnego hopla załogi na punkcie naszego wspólnego bajzlu. Schronek skończył trzynasty rok życia, więc było co świętować). Książek, jeśli już informacja ta ma być szczególnie przydatna, czytam w ciągu roku w sumie niewiele, między 20+ a 30+ rocznie (nie wiem, ile w dopiero co minionym), nie jest to liczba oszałamiająca i warto by było ją podciągnąć, ale też nie za wszelką cenę. Niektóre lektury (ci, co śledzą mój profil na LC albo przynajmniej tam zajrzeli, mogli się troszeczkę nad tym faktem zastanowić, bo ileż można wałkować jedną rzecz?!) mam wiecznie na podorędziu, znajdują się one, hm, można tak rzec, „w czytaniu permanentnym”. Jeśli czegoś brakuje mi do pełnego odbioru treści (a może brakować znajomości niektórych słów, historycznych tropów, kontekstów, nawet, w pewnych wypadkach, znajomości wcześniejszego dorobku autora) – nie odpuszczam nawet wtedy, kiedy „technicznie” książka już została przeczytana. Wymaga to jednak podejścia typu slow i pogodzenia się z faktem, że pewne nowości mnie ominą (a raczej ominę je ja, o, niedobra!). Inaczej utonę w książkowym wirze, jak tym ze zdjęcia.

To właśnie czytanie uważne, czytanie skupione, ale też, nie ukrywam, swego rodzaju „zatwardzenie” czytelnicze, pojawiające się chwilami mocne, bardzo mocne kryzysy – jest przyczyną mniejszej ilości recenzji, niż planowałam. Gdzieś tam jednak tkwi we mnie upór, by wspomnieć o co ważniejszych z nich, więc możliwe, że ukażą się z opóźnieniem (wszak tu, na Lekturze Specjalnej, mam prawo do lenia i poślizgu).

Wszystkim tym, którzy mimo mojego milczenia obserwowali wytrwale blog, także tym, którzy zerkali tu okazjonalnie i wreszcie tym, którzy trafili przypadkiem i zatrzymali się na chwilę – składam serdeczne podziękowania. Jeśli czasami zatęsknicie, zapraszam na Trzynasty Schron – Veron na bieżąco i z dyscypliną omawia klimatyczne książki i filmy, a liczba konkursów nie maleje. Będę się też pojawiać (mam nadzieję) od czasu do czasu na łamach Qfanta, gdzie już teraz możecie zapoznać się z recenzją Bogów świata rzeki Philipa José Farmera.

Enjoy!

2 komentarze:

  1. "Przebyłam krótką drogę od dreszczo-pacierzowo-mrówczo-nerwowo-swędzącego entuzjazmu, przez chwile zwątpienia, niepokoju, wytężonej pracy, dziecięcej radości, znów niepokoju, natręctwa udowadniania sobie, czy wreszcie promocji własnego ego (kto nie odczuwał żadnego z tych stanów ducha, ten kłamcą jest!)". No, nie wiem, czy taka kolejność, na pewno miałam fazę entuzjazmu i potem znużenia, ale zauważam, że blog jest mi potrzebny, mimo znacznie rzadszego pisania niż na początku (choćby do wypowiedzenia się w tej czy innej bieżącej sprawie, jeśli akurat mam wenę). I że dzięki jego istnieniu potrafię się zmobilizować do napisania czegoś - ot, choćby relacji z wakacji albo refleksji o książce, której nie chce mi się recenzować w pełnym tego słowa znaczeniu. A tu zaglądam rzadko, jak się pewnie domyślasz, skoro dopiero komentuję post ze stycznia - ale jednak zajrzałam ;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Spóźniony refleks to także mój problem, bo wyszło na to, że skomentuję Twój komentarz ("skomentuję komentarz", hyhy) prawie równiuteńko miesiąc po jego pojawieniu się. Jestem genialna!^^

    Mimo wszystko, chociaż blog podupadł, kasować go nie chcę, mam tu starsze recenzje/opinie, a może kiedyś jeszcze tu wrócę. Ja chyba nie jestem po prostu z tych, którzy się do blogowania organicznie nadają, a to trzeba się organicznie nadawać. Lubić ten cały społecznościowy szum, babranie się w social mediach i tak dalej. Co chciałam osiągnąć, to już osiągnęłam, więc nie wiem, na ile długo LS pożyje. Ale nie zakopuję jeszcze. ;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń